Szczęki VI, czyli dlaczego nie należy gapić się w paszczę rekina

Poniedziałek. Poniedziałeczek. Ukochany początek tygodnia. Budzę się jak zwykle za późno i z nadzieją na łyk świeżej kawy człapię sennie do kuchni. Zerkam jednym (ledwo otwartym) okiem na znajdujący się po prawej stronie pokój dzieci i… odbiera mi mowę. Sypialnia wygląda jak kubistyczna wersja „Bitwy pod Grunwaldem” Matejki. Stojąc w progu kontempluję z otwartymi ustami tę nowoczesną instalację artystyczną (czyt. bajzel), kiedy zza pleców słyszę podniecony głos T.

– Co robisz?
– Zastanawiam się, kto mnie tak bardzo nienawidzi – rzucam z rezygnacją.
– Poniedziałeczek, co? – odpowiada on, szczerząc zęby w złośliwym uśmiechu. Zajęta jesteś? – pyta, jakbym faktycznie stała tam dla przyjemności oglądając to dzieło zniszczenia autorstwa jego latorośli.
– Żartujesz sobie ze mnie???
– Okej, widzę… Współczuję, nawiasem mówiąc. Ale chciałem ci coś pokazać.
– Co?
– Zdjęcie mojego bratanka.
– Doliczysz mi to do czasu pracy i zapłacisz za nadgodziny?
– Nie chcesz to nie – mówi już prawie obrażony i odwraca się w stronę wyjścia.
– Żartowałam, dawaj to zdjęcie!!!
Dostrzegam błysk podniecenia w jego oczach, kiedy wyciąga z kieszeni telefon.
– Zaraz, muszę znaleźć… – mówi, przesuwając palcem kolejne fotki.
– O jest! A nie, to nie to… – mówi, zasłaniając lekko ekran.
– Rany boskie, co to było???!!! – pytam.
– Nic takiego, pacjent z dziurą w szyi.
– Zawsze masz w komórce fotki swoich pacjentów..?!
– Nie, ale to akurat było su…! – odwraca się do mnie z entuzjazmem – eeee… to był wyjątkowo interesujący przypadek – kończy, widząc mój wyraz twarzy.
– No a co z tym twoim bratankiem?
– A! – mówi, szczerząc się do mnie. – Wczoraj były jego szóste urodziny, patrz!
Patrzę. Dzieciak na zdjęciu wystawia w stronę aparatu twarz, w której ewidentnie brakuje… kawałka nosa.
– Jezu, co mu się stało?! Wygląda jakby wpadł na herbatkę do Hannibala Lectera.
Widzę ekscytację na twarzy T. spowodowaną tym, że może wreszcie opowiedzieć mi tę krwawą historię. Zaczynam się zastanawiać czy to czasem nie on odgryzł dziecku nos.
– No więc wczoraj było przyjęcie urodzinowe. I młody dostał tort, na szczycie którego znajdował się zrobiony z cukru rekin z otwartą paszczą. Wiesz, jak z filmu „Szczęki”.
– Okej… – odpowiadam zastanawiając się nad preferencjami estetycznymi autora tortu.
– No więc młody stał na taborecie i zaglądał w tę otwartą paszczę. I nagle poślizgnął się, wpadł twarzą w tort, zmiażdżył go i przyrżnął nosem w talerz. Talerz pękł i odciął mu kawałek nosa.
– Co?! To niemożliwe… – patrzę, przyglądając się zdjęciu.
– Też mi się tak wydawało. Ale zobacz, brakuje skóry i kawałka mięsa.
– O matko – stwierdzam, zerkając z bliska.
– To był taki duży fragment, że skóra sama by w tym miejscu nie odrosła. Zostałaby paskudna blizna. Więc jak już zatamowaliśmy krwawienie, zacząłem szukać tego brakującego kawałka i…
– Nie, proszę cię, nie mów że…
– …znalazłem go w torcie. Zobacz, wszystko mam dokładnie udokumentowane – mówi z dumą i pokazuje mi fotkę. W rozgniecionym na stole torcie faktycznie leży COŚ. Fuuuuuuuuj…
– Co z tym zrobiłeś?
– Zadzwoniłem do znajomego chirurga plastycznego, pojechaliśmy i przyszył mu to z powrotem.
– Przyszył mu to, co wyjąłeś z tortu?!?!?!?!
– Tak. Szesnaście szwów! – odpowiada i szczerzy zęby z wyrazem triumfu, a ja zastanawiam się jak szesnaście szwów zmieściło się na nosie sześciolatka.

Jaki z tego morał? Nigdy nie zaglądaj się w paszczę rekina. Nawet jeśli jest cukru.
I nigdy nie pytaj znajomego lekarza jak mu minął weekend.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s