60 dni w ojczyźnie Andersena

365d934f-6d80-4041-a603-6ccd47d4de36
Nyhavn. Najbardziej rozpoznawalne miejsce w Kopenhadze.

60 dni w ojczyźnie Andersena minęło jak z bicza strzelił. Kalendarz oszalał i gubi kartki szybciej niż drzewa liście. A gubić już zaczęły i jesień zawitała do słonecznej jak dotąd Kopenhagi. Nie, nie zrobiło się zimno. Ciągle pedałuję po mieście moim zardzewiałym rowerem z romantycznie rozwianym włosem, płaszcz zostawiwszy w szafie. Ale dwa dni temu obudziłam się o zwyczajnej porze i dotarło do mnie, że jest… ciemno. Słońce jakoś leniwiej wstaje. I mnie też ogarnia jesienne lenistwo, a zajęć coraz więcej!

Pracuję sześć dni w tygodniu po pięć godzin. Rano przez jakieś 2-3 godziny jestem Perfekcyjną Panią Domu (czyt. piorę skarpety i szoruję gary), a wieczorem zamieniam się w Master Chefa i przygotowuję najprawdziwsze arcydzieła sztuki kulinarnej (czyt. gotuję makaron). Reszta dnia jest wolna, chociaż nie byłabym sobą, gdybym tego „wolnego” czymś nie zapchała.

Zacznijmy od tego, że 19 listopada będę (wreszcie!) zdawać moje CPE, czyli Certificate of Proficiency in English, więc w związku z tym zapisałam się na kurs. Ponieważ jednak jestem cholerną szczęściarą… moment. To stwierdzenie domaga się anegdoty. Bo rzeczywiście jestem cholerną szczęściarą, a do tego szczęściarą, która mniej więcej wie czego chce. A to, jak się okazuje, połowa sukcesu.

Kiedy zaczynałam szukać rodziny goszczącej w Danii, kilku rzeczy byłam pewna. Po pierwsze – jestem z miasta. To widać. Po roku mieszkania na kalifornijskim wygwizdowie, 40 minut jazdy samochodem od San Francisco, gdzie jedynymi wieczornymi odgłosami żywych stworzeń były jelenie skubiące kwiatki na podjeździe i szopy rabujące śmietnik, uznałam że jeśli jeszcze raz wyląduję na snobistycznym osiedlu pod lasem, zwariuję. Ale ponieważ większość potrzebujących au pair zamożnych rodzin niestety mieszka w luksusowych dzielnicach pod miastem, byłam gotowa na kompromis. Kompromis oznaczałby przedmieścia dużego miasta z dobrym połączeniem komunikacją miejską, maksymalnie pół godziny do centrum. W Danii dobrze działa szybka kolej, więc postulat był realny. Kopenhaga? Byłoby fantastycznie, myślałam, ale nie będę się upierać.

Druga rzecz, co do której byłam absolutnie przekonana, to że bycie nianią to dramatycznie wyczerpująca psychicznie robota. Szczególnie jeśli ma się na głowie matkę wariatkę, która nie pozwala chodzić z dziećmi na plac zabaw, bo wtedy „au pair nie jest zaangażowana w ich zabawę, tylko stoi i patrzy.” To zrozumiałe oczekiwanie, jeśli się jest z dziećmi przez trzy godziny dziennie, a nie przez czternaście. Ale przemilczmy to. Po roku w KinderKołchozie z autystycznym dzieckiem, które kiedy już zaczęło mówić, nie mogło przestać, i jego młodszą podobizną, która… właściwie NIGDY nie przestawała mówić, doszłam do wniosku, że chętniej niż małolatem zaopiekuję się odkurzaczem. Odkurzacz nie mówi. Odkurzacz tylko patrzy ze zrozumieniem wydając ten przyjemny, jednostajny, buczący dźwięk, który w porównaniu do monologu siedmiolatka jest jak muzyka dla uszu. Zapytajcie mojego obecnego hosta. On też woli słuchać odkurzacza.

Byłam gotowa zajmować się cudzymi potworkami jeszcze przez rok, po pierwsze dlatego że mój pobyt tu ma swój cel, a po drugie dlatego, że w Danii au pair pracuje zgodnie z umową od 3 do 5 godzin dziennie (a nie, jak w USA, dziesięć). Mniej więcej tyle godzin dziennie jestem w stanie grać w UNO i uczestniczyć w konwersacji na temat produkcji surowców w Minecrafcie. Okazało się jednak, że żadnego z powyższych kompromisów nie muszę akceptować, bo… jestem cholerną szczęściarą.

Moja obecna rodzina oczekuje ode mnie przede wszystkim gotowania (co lubię) i odgruzowywania chałupy po tym jak cała familia zrobi armagedon. Czasem zaprowadzam potworki do szkoły, i na tym się kończy moja rola wychowawcza. No i najważniejsze. Mieszkam w samym centrum Kopenhagi. W samym, samiuśkim centrum, w zabytkowej kamienicy z XVIII wieku, tuż obok… rezydencji królewskiej. Jej Wysokości Królowej Małgorzaty wprawdzie jeszcze osobiście nie spotkałam, ale przewodnik z którym chodziłam po okolicy zarzekał się, że od czasu do czasu wczesnym rankiem można zobaczyć następcę tronu, Jego Królewską Wysokość księcia Fryderyka, jak wyjeżdża z bramy rezydencji na swoim rowerze-rikszy, wioząc dzieci do mieszczącego się nieopodal publicznego przedszkola. I na ile znam egalitarną mentalność Duńczyków, jest to najprawdziwsza prawda.

Wróćmy jednak do wątku bycia szczęściarą. Otóż ponieważ zdanie CPE było jednym z moich najważniejszych punktów na tegorocznej liście zadań, zaraz po przyjeździe zaczęłam przeszukiwać internety w poszukiwaniu miejsca, gdzie mogę to zrobić. Okazało się, że JEDYNE centrum egzaminacyjne Cambridge w Danii znajduje się…

…zaraz za rogiem.

Dodatkowo, to centrum prowadzi też całkiem zacny kurs przygotowujący, na który szybciutko się zapisałam. Jest nas czworo, plus nauczyciel o imieniu Stanley, rodowity Kalifornijczyk z północy stanu. Kalifornio słoneczna moja, ty jesteś jak… opryszczka. Nigdy mnie nie opuścisz. Będziesz pojawiać się znienacka, zawsze w najmniej pożądanym momencie. Na szczęście Stanley nie jest jak opryszczka, choć oczywiście wolałabym żeby był przystojnym 30-letnim londyńczykiem, który krzywiłby się z udawanym niesmakiem na mój zamerykanizowany akcent. Ale mówiąc już zupełnie szczerze, jest dobrym nauczycielem. Po trzech godzinach maltretowania naszych mózgów niuansami słownikowymi i wyjątkami od wyjątków, zwykle jednak stwierdza z zadowoleniem, że będą z nas ludzie. (Co jednak w moich obawach nie jest równoznaczne ze zdaniem tego egzaminu, ale niech tam, będę optymistą…)

Poczekamy, zobaczymy. 19 listopada będzie chwilą prawdy.

A teraz kilka obrazków z pierwszych 60 dni w Danii, żebyście uwierzyli, że naprawdę mieszkam tam, gdzie twierdzę że mieszkam, a nie ukrywam się na przykład we Włoszczowej.

wp_20160821_13_14_45_pro
Nyhavn jeszcze raz. Niegdyś ulica czerwonych latarni, dzisiaj turystyczne nabrzeże.

wp_20160821_13_10_41_pro
Widok na Nyhavn od drugiej strony.
7733353d-8a5d-49a0-aa41-99f7e40f75bc
A to najbardziej rozczarowująca atrakcja turystyczna Kopenhagi. To znaczy Mała Syrenka, nie ten pan na pierwszym planie 😉
wp_20160823_16_22_38_pro
Futurystyczna wersja Małej Syrenki?!
wp_20160823_22_50_27_pro
I jeszcze Mała Syrenka w wersji porno-graffiti 😛

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s