Opium w herbacie

„– Aurelia nie cierpi rosołu! Nienawidzi! Trzeba ją zmuszać, żeby przełknęła choć łyżkę! Czy może to był jakiś specjalny rosół?…
– Zwykły chudy rosołek.
– Może… jakaś specjalna przyprawa?…
Pani Borejko roześmiała się.
– Może. Przyprawa pana Ogorzałki. Zresztą potem i Gabrysia, moja córka, przyprawiała, i ja. To niezawodna przyprawa. Wszystko z nią smakuje, nawet suche ziemniaki.
– Maggi? – dopytywała się Ewa całkiem już natarczywie, po czym zreflektowała się i pokryła zmieszanie suchym śmieszkiem. – Albo może jakiś narkotyk?
– Może to i narkotyk: trochę serca – śmiała się pani Borejko.”

Małgorzata Musierowicz, „Opium w rosole”

Książkami M. Musierowicz zaczytywałam się namiętnie jako dziecię, bo chociaż trochę naiwne, pozwalały się uśmiechnąć (a czasem uśmiać do łez) i uwierzyć, że świat jest może trochę lepszy niż nieraz wydaje się być. I do tych książek mam ciągle słabość i lubię do nich czasem wracać. Cytat powyżej pochodzi z „Opium w rosole”, którego bohaterka – kilkuletnia Aurelka – pod nieobecność zapracowanej mamy chadza na obiadki do przypadkowych domów do których, zaglądnąwszy przez okno z ulicy, wchodzi przyciągnięta atmosferą ciepła i serdeczności.

To ciepło i serdeczność, tytułowe opium, kojarzy mi się niekoniecznie z rosołem, a z kubkiem herbaty wypitym z najbliższymi ludźmi. To przy herbacie toczyły się najczęściej najgłębsze, najciekawsze i najbardziej porywające rozmowy. I przy herbacie żegnałam się z wieloma drogimi mi osobami wyjeżdżając pierwszy raz na dłuższy okres – wtedy do USA. A żeby tęsknić mniej i łatwiej dzielić się drobiazgami z życia, założyłam pierwszego bloga – Herbatkę nad Pacyfikiem. Tam możecie przeczytać więcej o byciu au pair w Stanach.

Dzisiaj nie mieszkam już nad Pacyfikiem, ale chęć dzielenia się moją małą rzeczywistością pozostała, a i grono odbiorców trochę się poszerzyło (mam wrażenie), czego jestem mniej więcej świadoma od kiedy na polskim festiwalu w jednym z zapyziałych Kalifornijskich miasteczek jakaś dziewczyna krzyknęła za mną na ulicy „Ej, znam cię! Czytam twojego bloga!”. Dzięki temu oszałamiającemu przebłyskowi sławy, a może bardziej dzięki niegasnącej motywacji moich bezcennych przyjaciółek, blog doczekał się nowej wersji.

Tak więc zapraszam na herbatkę. Czy jest w niej ta odrobina opium – pozostawiam Waszej ocenie.

belg